środa, 27 sierpnia 2014
piątek, 11 lipca 2014
Tumany
Bitwa na poduszki na krakowskim rynku. Flash mob, czyli błyskawiczny tłum to zdarzenie spontaniczne. Nieznani sobie ludzie skrzykują się przez internet bądź smsowo w umówionym miejscu i o ustalonej porze, by... robić głupie rzeczy. Pokazują np. dupy albo walczą na poduszki.

Pierwsza tego typu akcja miała miejsca w Nowym Jorku w 2003 roku. Do pewnego sklepu wchodzili ludzie i zadawali sprzedawcy durne pytanie: "Czy jest dywanik miłości dla komuny?".
Flash mob prędko rozlał się na cały świat, dotarł także do naszego przecudnego kraju nadwiślańskiego (patrz zdjęcia).
Idea bitwy na poduszki ma także drugie dno. Zapomniana na szczęście seksuolożka Michalina Wisłocka* w swojej niezwykle niegdyś popularnej książce "Sztuka kochania" radziła, by taką walkę wykorzystać jako grę wstępną. Ponoć jeden prawicowy polityk utrzymywał, że po krakowskiej akcji uczestnicy po zmroku radośnie kopulowali na pobliskich plantach także w nieheteroseksualnych konfiguracjach. Myślę, że w tej plotce jest tyle samo prawdy, co w doniesieniach o romansie Romana Giertycha z Edytą Górniak.
* Pani Wisłocka wsławiła się tym, że unieszczęśliwiła kilka pokoleń Polaków utrzymując, że istnieją dwa rodzaje orgazmów - łechtaczkowy i pochwowy. Twierdziła, że tego ostatniego można się nauczyć oddając się żmudnym ćwiczeniom. W wyniku tej lektury i po praktykach zakończonych fiaskiem każdy mężczyzna dochodził do wniosku, że ma za małego siusiaka, zaś kobiety stawały się oziębłe tracąc bezpowrotnie wiarę w swoją kobiecość.
Nie bójmy się tego powiedzieć: Michalina Wisłocka jest odpowiedzialna za ujemny przyrost naturalny w Polsce.
środa, 2 lipca 2014
Smak denaturatu
W nozdrza uderza zapach stęchlizny, niemytych ciał i uryny. W ciemnym korytarzu potykam się o zwały śmieci. Pukam do najbliższych drzwi, nikt nie odpowiada. Następne są uchylone. Zaglądam do środka. Na zdezelowanym tapczanie nagi, wytatuowany od stóp do głów osobnik kotłuje się z kobieta. Dyskretnie zaczynam się wycofywać. Spleciona w miłosnym uścisku para dostrzega mnie.
- Czego, k..wa?! Pop...dolić już spokojnie nie można! – warczy wytatuowany facet nie przerywając aktu miłosnego. Kobieta próbuje schować swoje wdzięki pod podartą i mocno nieświeżą kołdrą. Ma brudne nogi, niechlujne włosy i podbite oko.
- Pogadać chciałem. Przyjdę później... – nieśmiało odpowiadam.
Ich religia
Na parterowy barak w Kantorowicach w Nowej Hucie miejscowi mówią „slumsy”. Zbudowano go w latach 60. Przesiedlano tu uciążliwych lokatorów za całego Krakowa. Za burdy i alkoholowe libacje zostali eksmitowani ze swoich mieszkań. Dziś mieszka tu 12 ludzi, choć zameldowanych jest znacznie więcej. Kilku przebywa na leczeniu w szpitalu psychiatrycznym, kilka łazikuje gdzieś po Krakowie z ręką wyciągniętą w żebraczym geście. Żyją w niewielkich izbach bez wody, gazu i ubikacji. Ściany zagrzybione, podłogi zmurszałe, pod deskami gnieżdżą się myszy i szczury. Dozorczyni opłacana przez miasto już dawno pogodziła się z faktem, że sprzątanie w baraku to syzyfowa praca. Dlatego przestała sprzątać.
Mieszkańcy slumsów przygotowują posiłki na prymitywnych, własnoręcznie zrobionych maszynkach elektrycznych. Ogrzewanie to rozżarzone do czerwoności, niczym nie zabezpieczone metalowe pręty, podłączone do gniazdka plątaniną kabli. Ta wymyślna konstrukcja przyprawiłaby o ból głowy każdego strażaka.
- Cud, że jeszcze nikt się nie spalił – mówi Alojzy Dąbek, dzielnicowy z X komisariatu na Wzgórzach Krzesławickich.
Żyją w prymitywnych warunkach, bez ogrzewania, bieżącej wody i bez ubikacji. Załatwiają się na zewnątrz w obskurnych, cuchnących wygódkach. Albo gdzie popadnie. Rzadko się myją, twierdzą, że od tego im cieplej. Wodę noszą w wiadrach z pobliskiego hydrantu. Komu by się chciało nosić tyle nosić, żeby się wykąpać....
- Skaranie boskie z tymi menelami. Ciągle się awanturują, wszędzie potłuczone butelki. W lecie smród z baraków wykręca nos. Kradną z ogródków ziemniaki, pomidory, owoce. Nie można upilnować – mówi włąścicielka domu sąsiadującego z barakiem. - W pobliżu jest kościół, ale żadnego tam nie widziałam. Ich religia to denaturat – dodaje.
Najlepsza dykta w województwie
Dzielnicowy Dąbek opowiada, że mieszkańcy baraków nie sprawiają policji większych kłopotów. Do bójek i awantur dochodzi często, jednak miejscowi niechętnie mieszają mundurowych do swoich spraw.
Nie mają pieniędzy na jedzenie, ubrania, lekarstwa. Jedni żebrzą, inni kradną. Nie myślą o przyszłości, tylko piją na okrągło. Ich czas odmierzają puste butelki po denaturacie.
Nie mają pieniędzy na jedzenie, ubrania, lekarstwa. Jedni żebrzą, inni kradną. Nie myślą o przyszłości, tylko piją na okrągło. Ich czas odmierzają puste butelki po denaturacie.
Wchodzimy do mieszkania Józefa Maciąga. Pokój wygląda, jakby przeszło przez niego tornado. Na rozgrzebanym barłogu leży właściciel. Obok posłania walają się butelki z trupią główką na etykiecie. Maciąg słynie w okolicy z tajemniczej receptury na poprawienie smaku denaturatu.
- Robię najlepszą dyktę w całym Krakowie. Tak przyprawię, że nikt nie odróżni od zwykłej gorzały. Nawet fioletowy kolor znika jak dodam witaminę C – opowiada. – Kupuję zioła z Herbapolu, filtruję i wódeczka, palce lizać. Trzyma moc i tak daje w czapę, że człowiek trzy dni do tyłu chodzi. Pracowało się parę latek w gastronomii. Może pan redaktor się poczęstuje?
Na krechę u Szeryfa
Niedawno do baraku wprowadził się Jerzy Kmita. Przez 30 pracował w Hucie im. Lenina. Sąsiedzi go nie lubią. Pije przeważnie wino (tanie), czasem nawet sklepową wódkę. Gadzi denaturatem, dlatego nazywają go „hrabią”. Niechętnie wdaje się w rozmowę.
- A co będę dużo mówił? Baba odeszła z gachem, zabrała dzieci to się piło. Zabrali mi mieszkanie, bo nie płaciłem za czynsz. Ale jeszcze stanę na nogi. Zobaczycie! Pracę znajdę, może nawet jakąś porządną kobietę...
Wychodzimy przed barak, zbliża się mężczyzna w wymiętej i utytłanej kufajce. Przedstawia się jako „Szeryf”. Nie pozwala robić zdjęć. Żyje tu od 30 lat, jest arystokratą wśród mieszkańców nowohuckich slumsów. Jako jedyny ma własny samochód – zdezelowanego fiata 125 p. Twierdzi, że nigdy nie jeździ na bani. Prowadzi melinę z tanimi winami, ale sam pije niewiele.
- Jestem kierownikiem tego burdelu. Same sk...ny i złodzieje tu mieszkają. Ukradli mi niedawno telewizor, kratę musiałem w okno wstawić i założyć porządne rygle w drzwiach – opowiada Szeryf. – Jak zwierzęta żyją. Chociaż nie! Nie jak zwierzęta, bo zwierzęta tylko wodę piją! A te menele tylko jabole i dyktę. U mnie jak w dobrej restauracji, można brać na krechę. Ale jak dostają rentę to kasują jak leci. Mimo, że o swoich współmieszkańcach wyraża się dość grubiańsko to jednak wszyscy go szanują, bo gdy ktoś zachoruje, przynosi mu jedzenie i lekarstwa.
W komórce przed barakiem Szeryf hoduje kury i gołębie. Uprawia też mały ogródek. Dwa olbrzymie psy pilnują dobytku. Jednopokojowe mieszkanie ma dość czyste, w kącie stoi lodówka – jedyne takie urządzenie w całym baraku. Pod ścianą piętrzą się transportery z tanim winem. Bez pukania wchodzi staruszek i siada przy stole. Trzęsą mu się dłonie, nie potrafi utrzymać papierosa.

- Wczorajszy jestem, łeb mi rozsadza. Napijemy się po małym? – bełkocze. Po chwili mówi mi, że chce skończyć z takim życiem. Pojedzie do syna w poznańskie na gospodarkę. Podobno mówi to od lat...
Szeryf jest nieczuły na biadolenie tragicznie skacowanego człowieka.
- Nie widzisz dziadu, że mam gości? Masz pieniądze? Nie? To wynocha do siebie! – bez pardonu pozbywa się intruza.

Trochę śmieci i szmat
- Nie jest tu źle, można jakoś żyć. Gorzej mają w baraku dla wysiedleńców w Zesłąwicach. Pełno cyganów, jedna kobita kilkanaście psów trzyma. Zbiera śmiecie i znosi wszystko do pokoju. W zeszłym roku administracja wywiozła trzy ciężarówki dziadostwa. Szczury i myszy się zalęgły, dobrze że jej nie zjadły. Karaluchy i robactwo – opowiada Szeryf. – U nas teraz jest spokojnie, nie ma takiego bydła. Niedawno mieszkał u nas jeden narkoman. Jak się wyprowadził przestaliśmy się bać adidasa. Pełno strzykawek i igieł walało się po korytarzach. Kto wie czy nie miał HIVa? – dodaje.

Kilka pomieszczeń w baraku jest pustych. Lokatorzy w samotności umarli z przepicia i niedożywienia. Rodziny dawno o nich zapomniały. Zostawili po sobie trochę śmieci i brudnych szmat...
Robert Sadowski
Tekst i zdjęcia opublikowałem w Gazecie Krakowskiej pod koniec lat 90. Kilka miesięcy później przeniosłem się do innej redakcji i wymyśliłem, że zrobię ten temat na nowo. Chciałem tam jechać od razu, bo sprawa była pilna (jak to zwykle w dziennikach). Zadzwoniłem do dzielnicowego Dąbka z prośbą, żebyśmy powtórzyli akcję. Sierżant Dąbek nie miał czasu, mógł się umówić dopiero za dwa tygodnie. Postanowiłem jechać sam, w końcu przetarłem szlak.
Na szczęście coś mi wypadło i poczekałem na dzielnicowego. Pojechaliśmy razem. I to prawdopodobnie uratowało moje młode wówczas życie. Szeryf na mój widok krzyknął "zajebię cię dziennikarska kurwo" i rzucił się na mnie z siekierą. Gdyby nie policjant mogłoby być kiepskawo.
Potem się okazało, że Szeryf znienawidził mnie za tekst z "Krakowskiej", gdzie w opisie jego fiata 125p użyłem przymiotnika "zdezelowany". Drugi tekst nie powstał.
Poniżej sierżant Dąbek przy biurku.

poniedziałek, 30 czerwca 2014
Sorry Andżolina!!!
Skrycie, każdy streetphoter marzy przemierzając dżungle miast (jak śpiewał pewien przesympatyczny narkoman i alkoholik), by w końcu stać się świadkiem wydarzenia, które uczyni go sławnym. Pulitzer.
I mnie w końcu po latach zdzierania zelów to się przytrafiło jak brzydkiej pannie dziecko. Spotkałem… sam w to nie wierzę… nosz k..ufa, Brada Pida!!!

I mnie w końcu po latach zdzierania zelów to się przytrafiło jak brzydkiej pannie dziecko. Spotkałem… sam w to nie wierzę… nosz k..ufa, Brada Pida!!!

W oka mgnieniu wydumałem formułę powitalną w języku ojczystym Brada (Haj, Brad!), ale okazało się, że Brad świetnie włada językiem Norwida i Słowackiego. Ponoć jakiś pradziad. Góral z góry Synaj, czy cóś…

Brad był wczorajszy. A nawet przedwczorajszy. Pono popstrykał się z Andżoliną i urwał się swoim dżetem na dupy do Krakowa. Stuknąwszy się pucharami z lokalną bohemą artystyczną po przebudzeniu był lżejszy o portfel.

Zapytał czy nie mam parę zeta na telefon, bo musi powiadomić swojego impresarję, że miejscowi skroili mu portmonetę.

Wyskoczyłem z trzech zeta, Bóg mi świadkiem, że więcej nie miałem. Brad z radości nie wiedział w co mnie całować.
W trakcie zamieszania strzelałem Bradowi foty ukradkiem z biodra. I nic mu nie powiedziałem. W końcu koleś ma furmanę waluty, a u mnie pieniądzorem nie śmierdzi. Sprzedam teraz Brada tabloidom za ciężki szmal.

Sorry Brad. W oczekiwaniu na Pulitzera spożyłem półlitera.
Andżolina ponoć wk…iona na maksa. Brad zapytany skąd gitara, nie potrafił udzielić sensownej odpowiedzi.
niedziela, 29 czerwca 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































